Zaloguj się · Zarejestruj się

Odbieranie dzieci polskim rodzinom przez brytyjskie Social Services

Odbieranie dzieci polskim rodzinom przez brytyjskie Social Services

Jednym z problemów, z jakim zmaga się polska społeczność w Wielkiej Brytanii jest odbieranie dzieci polskim rodzinom przez brytyjskie Social Services.

Dzieci odbierane są rodzicom często z bardzo błahych powodów — wystarczy siniak, donos sąsiada lub nauczycielki. Social Services wykorzystują brak wiedzy (zarówno dotyczącego brytyjskiego prawa, jak i języka), naciskając na rodziców by podpisali dokumenty, w których zrzekają się części praw rodzicielskich. Zakaz wyjazdu z UK, ograniczenie możliwości i zmniejszenie częstotliwości widywania swoich dzieci lub oddanie ich do rodziny zastępczej, trauma, tęsknota, rozpacz i poczucie kompletnego osamotnienia i niemocy… Koszmar utraty dzieci stał się dla wielu polskich rodzin okrutną rzeczywistością.

W takiej dramatycznej sytuacji znalazła się Pani Anna M. z Uttoxeter. Social Services i były mąż (obywatel Wielkiej Brytanii), działając według charakterystycznego schematu, pozbawili ją praw rodzicielskich i praktycznie uniemożliwili jej kontakt z trójką synów (6, 8 i 10 lat) i rozpoczęcie praktyki pielęgniarskiej (Pani Anna skończyła studia pielęgniarskie w UK i ze względu na otwartą sprawę z Social Services, nie może podjąć pracy w zawodzie).

Bez środków finansowych i wsparcia ze strony polskiego konsulatu, polegając wyłącznie na skromnej pomocy ze strony najbliższej rodziny w Polsce, jej sytuacja wydaje się beznadziejna.

List Pani Anny M. do Polskiego Klubu’44:

„Wszystko rozpoczęło się 14 czerwca, kiedy, jak co dzień, zaprowadziłam moich trzech synów -10 lat, 8 i 6 – do szkoły. Chcąc ich odebrać po zajęciach, dowiedziałam się, że nie mogę tego zrobić, ponieważ wobec mnie zostały wysunięte poważne zarzuty, jednakże nikt nie potrafił mi przedstawić, czego one dotyczą oraz na jakiej podstawie zostały wysunięte. Zabrano mi dzieci tak jak stały, a ja nie mogłam nawet powiedzieć im, co się dzieje ani co będzie dalej. Jak się później okazało, cały proces odebrania dzieci był już wcześniej przygotowany i zaplanowany. Zostałam powiadomiona, że dzieci zostały przesłuchane, za zgodą mojego wkrótce byłego męża, ponieważ jeden z chłopców, powiedział w szkole, że został w domu uderzony kapciem typu skarpetka i że był zawstydzony kłótnią rodziców, która miała miejsce na prezentacji drużyny piłkarskiej 11 czerwca. W jednej chwili stałam się katem fizycznym i psychicznym dla moich dzieci. Rano miałam z nimi świetny kontakt, a już po południu mówiono mi, że nasze relacje są zaburzone, że dzieci się mnie boją, że nie czują się w mojej obecności bezpieczne. Zostałam odesłana do domu z informacją, że lepiej będzie, jeżeli dzieci będą z ojcem i że ktoś się ze mną skontaktuje. Teraz wiem, że były to bezprawne działania, ponieważ Social Services nie miał ani interim court order, ani nakazu policji. W dniu, w którym odebrali mi dzieci moje życie skończyło się. Gdybym teraz wiedziała jak potoczą się losy mojej rodziny, tego samego dnia wróciłabym do Polski szukać pomocy i przede wszystkim prawdy.
W toku sprawy dowiedziałam się tylu nieprawdziwych i okrutnych słów na swój temat, tak przykrych, że ciężko mi je nawet powtórzyć. Przyznaję, co potwierdziłam też pracownikowi Social Services, że tylko synowie po wielu ostrzeżeniach dostali po pupie kapciem typu skarpetka i to była sytuacja jednorazowa. Nie jestem i nigdy nie byłam zwolenniczką kar cielesnych. Jestem przeciwna praktykom karania i zawstydzania dzieci. Rozumiem, że dziecko nie jest moją własnością. Jest mi bardzo przykro, że doszło do takiej sytuacji, wiem, że muszę ponieść karę, ale czy jest to powód, żeby zabrać mi dzieci?

Kolejne „widzenia” dzieci mogły odbywać się tylko w obecności mojej teściowej. Nie mogłam poruszać tematu, dlaczego dzieci nie są ze mną, nie mogłam zostawać z nimi sam na sam, na pytania, dlaczego nie mogę zabrać ich do domu, musiałam kłamać, że mam dużo praktyk studenckich. Nie mogłam odebrać ich ze szkoły. Traktowana byłam jak przestępca. Widziałam, że dzieci są zawiedzione, że nie mogę zabrać ich do domu. Być może obwiniały mnie, że za mało się staram, żeby je odzyskać. A ja tymczasem całymi nocami płakałam i modliłam się, żeby móc ich, chociaż widzieć. Wizyty nie były częste, zawsze w miejscu publicznym, dzieci tęskniły za domem naszymi wspólnymi zajęciami. Rysowały mi nawet laurki. Rozstania zawsze trudne dla mnie stały się nie do zniesienia. Do dzisiaj wracam do domu, do zabawek, do pokoi pełnych rzeczy chłopców i marzę, żeby wrócił ten czas, kiedy byliśmy razem.’

Od 18 czerwca do 29 czerwca nie miałam żadnego kontaktu z przydzielonym mi pracownikiem socjał worker. Dzwoniłam praktycznie codziennie, zostawiałam wiadomości, bez odpowiedzi. Napisałam nawet skargę do jej przełożonej. Byłam bardzo zwiedziona, że Social Services mnie kompletnie ignorują i nie starają mi się pomoc naprawić więzi z moimi chłopcami. Ciągle powtarzali, że działają dla dobra rodziny, że muszę odnowić więź z chłopcami, ale nikt nie widział problemu w tym, że widywałam ich tak rzadko, że to było bardzo trudne a wręcz niemożliwe. Inaczej biegnie czas dla pracownika z urzędu a inaczej dla matki, która odlicza każdą godzinę spędzoną bez dzieci. Nikt już nigdy nie wróci mi tego czasu, kiedy jesteśmy oddzielnie, a już powoli tracę nadzieję, czy w ogóle jeszcze będziemy razem.

Na prośbę ojca dzieci i przy pełnym wsparciu Social Services ojciec wystąpił do sądu z wnioskiem o ustalenie zakazu wywożenia dzieci z kraju, argumentując, że mogę ich już nigdy nie przywieźć do Anglii, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że uprowadzę dzieci. Sąd przychylił się do prośby. Tymczasem ja po raz kolejny miałam powiedzieć dzieciom, że nasze wspólne zaplanowane wakacje u dziadków (bilety w obie strony już od dawna były kupione) są nieaktualne. Mój mąż nie marnuje szansy wynagradzania dzieciom czasu straconego ze mną. Atrakcyjne wyjazdy, zakupy. Razem ze swoja nową partnerką i jej dziećmi tworzą chłopcom imitację nowej rodziny, w której ich zdaniem nie ma dla mnie miejsca. Najłatwiej po prostu jest się mnie pozbyć. Przez toczącą się sprawę z Social Services, pomimo ukończonych w tym roku studiów pielęgniarskich, nie mogę podjąć pracy w zawodzie. Cały czas jestem szykanowana, że powinnam zgodzić się na sprzedaż naszego wspólnego domu. Pomimo tego nie poddam się i nigdy nie opuszczę moich dzieci w tym kraju.

Czas upływa i niestety działa na moją niekorzyść. Obecnie od 2 sierpnia nie widziałam dwóch starszych synów. Ich ojciec twierdzi, że rzekomo nie chcą mnie widywać. Jestem przekonana, że dzieci są manipulowane. Niejednokrotnie zdarzało się, że widziałam, jak bardzo są rozdarci między chęcią bycia ze mną, powrotem do starego życia a chęcią spełnienia nakazów, czy oczekiwań ojca, co do relacji ze mną. Używają sformułowań, których nie potrafią wyjaśnić, a które jak przypuszczam, słyszeli w domu. Zdarzały się sytuacje, że mój mąż stawiał mnie
w bardzo złym świetle w oczach chłopców, izolował ich ode mnie. Spotkania ze mną najczęściej przedstawiane są, jako mało atrakcyjne, nudne i kłopotliwe. Często odbywaj się kosztem zajęć footballu, bądź basenu. Próby kontaktu telefonicznego najczęściej kończą się na niczym. Boję się, że niedługo chłopcy w ogóle o mnie zapomną, że przywykną, że nie ma innego życia niż to, które mają teraz.
Pukam już do tylu drzwi, zwracam się do wielu ludzi z prośbą o pomoc. Wiem, że moja sprawa nie jest jedyną, ale może zasługuje na Państwa uwagę? Do dzisiaj dzieci nie były nawet badane przez psychologa a, ja sama muszę starać się o zajęcia grupy wsparcia dla rodziców. Rozumiem swój błąd i jest mi tak bardzo przykro, że nie umiem tego opisać, ale uważam, że kara, jaką teraz ponoszę, to, że jestem bez dzieci, że nie mogę ich nawet widywać, jest okrutna. Nigdy nie starałam się odebrać dzieci ojcu. Jedyne, o co proszę, to żebyśmy mogli tak jak kiedyś sprawować opiekę na dziećmi w tym samym wymiarze.

Na dzień dzisiejszy widuje mojego najmłodszego syna co drugi tydzień I to tylko na godzinkę w contact centre gdzie muszę płacić £52.50. Syn powiedział social worker, że chce widzieć mamę tak często, jak tatę. Jego prośbą została kompletnie zignorowana. Nie widziałam moich 2 starszych synów od 2 sierpnia. Podobno nie chcą się ze mną zobaczyć. Ciągle słyszę od ich ojca i social worker, że chłopcy sami muszą zdecydować, kiedy i czy w ogóle chcą mnie widzieć. Ani ojciec, ani Social Worker nie robią nic w kierunku żebym mogła spotkać z moimi dziećmi. Chłopcy są wręcz zniechęcani do kontaktu ze mną. Szukałam pomocy prawnej , jednak prawnicy są bardzo kosztowni. Skoczyłam studia pielęgniarskie z bardzo dobrymi wynikami, jednak nie mogę podjąć pracy ze względu na problem z Social Services.

Załączę zeskanowane wszystkie protokoły przygotowane przez Social Services, opinie, listy- wszystko, czym dysponuję. Do czasu 14 listopada, czyli następnej sprawy sądowej moja sytuacja nie ulegnie zmianie. Jeżeli widzą Państwo jakąkolwiek szansę pomocy dla mnie będę wdzięczna. Każda podpowiedź co jeszcze mogę zrobić, każda wskazówka jest cenna.”
Polski Klub’44 będzie wspierał walkę Pani Anny o odzyskanie swoich synów, czyli tak naprawdę o przywrócenie fundamentalnego prawa każdego rodzica.

Osoby i organizacje, które chciałyby wspierać akcję, prosimy o kontakt z Klubem – pk44@polskiklub44.co.uk
Potrzebne są przede wszystkim środki finansowe, które pokryją koszty sprawy sądowej oraz pomoc prawna. Niedługo opublikujemy listę miejsc, w których wystawione zostaną puszki na zbiórkę pieniędzy na tej cel.

 

Źródło: Polski Klub’44

Dodaj komentarz

Musisz być zalogowanym aby dodać komentarz.